|
żyć chwilą obecną
2010-03-10
Kiedy życie polega na odkładaniu czegoś w czasie, a z drugiej strony na ciągłym czekaniu na coś, to teraźniejszość siłą rzeczy musi być nie do zniesienia. Skomentuj [14]
Wuj Dobra Rada 2010-03-03
Cokolwiek masz teraz na myśli i się wahasz, powiedz "tak", jestem pewny że to będzie dobra decyzja. medycyna alternatywna 2010-03-01
Opowiadał mi to całkiem niedawno mój kolega, ale sposobu w jaki to zrobił; tych gestykulacji, naśladowania głosów bohaterów wydarzeń i wiele innych środków wyrazu, nigdy tutaj nie jestem w stanie oddać tak jak on to zrobił. Dlatego z góry przepraszam za ubogość przekazu w stosunku do oryginału. A było to mniej więcej tak (mówi do mnie Bogdan): na dzień dzisiejszy 2010-03-01
Moje życie to praca, dom i sen. Barbotel 2010-02-26
Może nie wszyscy wiedzą, ale naturalny gaz ziemny nie ma wcale żadnego szczególnego zapachu. Ale rewelacja i ciekawostka, co? Ale musiałem o tym wspomnieć, bo dalsze wydarzenia opisane w tej notce kręcić się będą właśnie wokół wszystkim nam chyba znanej gazowej woni. Nabywa ją ów gaz niejako pod przymusem; jest specjalnie nawaniany, w specjalnym urządzeniu, specjalnym środkiem, specjalnie po to, że gdyby odważył się gdzieś ulatniać, to musi być go czuć z daleka dla ostrzeżenia. Rzecz dzieje się właśnie na stacji redukcyjno-pomiarowej pewnego małego miasteczka, gdzie oprócz doprowadzania go do mniejszego ciśnienia czyni się go właśnie w ten sposób śmierdzącym. A służy do tego urządzenie dozujące tysiąc albo milion razy bardziej cuchnący koncentrat, którego dobowe zużycie uzależnione jest co prawda od wielkości przepływu gazu, ale wynosiło dla tego miasteczka około 150 ml na dobę. Urządzenie to było przez pracowników gazowni jak potocznie, tak pieszczotliwie nazywane Barbotel. Nazwa niechybnie wzięła się od dźwięku jaki co jakiś czas wydawało z siebie to cudo, który przypominał bulgot połączony z efektem zassania, mniej więcej taki jak biurowy dystrybutor wody, tylko dostojniejszy jakby. Tak więc co jakiś czas Barbotel pobierając z dziesięciolitrowego zasobnika kolejną porcję nawaniacza robił sobie blup! i tyle. Ale pewnego razu jeden z trzeźwiejszych pracowników zauważył, że Barbotel blup! przestał robić a na dodatek nie obniża się poziom tej skunksowatej cieczy w przezroczystym zasobniku. Znaczy się Barbotel się popsuł. Znaczy się pracownik ten, o ksywie Zdzichu (a miał na imię Bolesław) to inaczej określił, ale z grubsza biorąc o popsucie się chodziło. Spokojnie, zaraz tam gaz nie przestał śmierdzieć całkiem, bo sieć jest tak przesączona tym syfem, że aż takiego pośpiechu nie było. No ale tak czy owak, Barbotel wymagał naprawy. I tu o dziwo słownictwo Zdzicha było spójne z poprawną polszczyzną i na naprawę mówił po prostu „naprawa”. Ale Barbotela nikt nigdy dotąd nie naprawiał; był on wpięty w sieć gazową jakimś obcym dla Zdzicha labiryntem rurek i zaworów, i pełno było tam jeszcze innych dziwnych rzeczy, które Zdzichu co prawda nazywał, ale w sobie tylko znanym dialekcie, nie mającym nic wspólnego z językiem technicznym. A wszystkie te zawiłości zamontowano między innymi po to, by można było wymontować Barbotel nie zamykając dopływu gazu do miasteczka. Zdzichu jaki był, taki był, ale świadomość swojej własnej niewiedzy i asekuranctwo wynikające wprost z tego powodu, miał dość dobrze zaszczepione i ugruntowane. Na tyle, że nim zabrał się do czegokolwiek przy Barbotelu, przywołał kierownika tej placówki i zapytał się go który zawór pierwej ma zakręcić. Kierownik co prawda posiadał wiedzę nie większą od Zdzicha w tym zakresie, ale za to miał nabytą i usystematyzowaną poprzez wieloletnie pełnienie tej funkcji, pewność siebie i szybkość w podejmowaniu decyzji. Co w gazownictwie jak się okazuje nie jest akurat najbardziej pożądaną cechą. W każdym razie kierownik bez wahania wskazał na pierwszy lepszy zawór i powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu- ten! Zdzichu mimo swojego wyglądu nieogolonego lesera, był jak się okazało zdyscyplinowanym pracownikiem, a do tego z wielką dozą zaufania do swojego przełożonego, bo ochoczo zabrał się zakręcanie wskazanego kurka. Chyba jeszcze nie dotarł do połowy tej czynności, kiedy to w Barbotelu coś złowieszczo, inaczej niż zwykle, zabulgotało i nim ktokolwiek jakkolwiek byłby w stanie zareagować, dziesięć litrów skoncentrowanego smrodu poszło w rury. Zdzichu znieruchomiał, a kierownik też znieruchomiał, ale jak na przełożonego przystało zrobił więcej, bo stał się do tego jeszcze blady, potem zielony, a potem czerwony. Była to szósta rano, tak że i Zdzichu i kierownik jeszcze nie zdążyli dobrze opuścić terenu stacji, kiedy od strony miasteczka biegło w ich kierunku kilkunastu mieszkańców, a to w laczkach, a to w pidżamach, a to w bieliźnie, a jedni państwo, to nawet telewizor wynieśli na ulicę, a wszyscy jednogłośnie krzyczeli: gaz się ulatniaaaaaaaaa!!! zdrastwujtje riebjata! 2010-02-23
Było to w czasach, kiedy język rosyjski był jedynie słusznie nauczanym językiem obcym. Zresztą powiedzenie w tamtych czasach o nim „obcy” było wielce ryzykowne. Bo był to język, który nakazywano wtedy uważać jako nasz, swojski prawie. Dlatego był obowiązujący na wszystkich egzaminach wstępnych do szkół wyższych. Jego znajomość wśród młodych ludzi była bardzo różna. Od perfekcyjnego opanowania u kończących co bardziej indoktrynowane rusycystyką licea, po całkowitą ignorancję abiturientów szkół, w których bardziej liczyła się wiedza praktyczna niż nauka przedmiotów zbędnych. No i jeden mój kolega, nazwijmy go Marek, skończywszy technikum elektryczne, zapragnął kontynuować naukę na politechnice i chcąc nie chcąc musiał poddać się sprawdzianowi wiedzy z zakresu znajomości języka naszych Braci. Pewnie i by zrezygnował, bo zdawał sobie sprawę, że znajomość tego języka była u niego porównywalna ze znajomością dialektu kingwana suahili, ale zachęcony przez kolegów, że mu pomogą, że komisje są wyrozumiałe i że trzeba spróbować, poszedł. Pierwszy egzamin miał być w formie ustnej. Marek, kiedy przyszła na niego kolej, już w sekundę po otworzeniu drzwi sali egzaminacyjnej, miał odruch wycofania się i ucieczki, bo obrazek jaki zobaczył nie zachęcał do niczego. A na pewno nie do obnażenia się z totalnej niewiedzy przed tymi ludźmi. Za trzema stoliczkami przyniesionymi wprost ze stołówki, na rozklekotanych, trzeszczących krzesłach, wśród jakichś tam w bezładzie porozkładanych papierów, przy szklankach z herbatą, siedziała wielce znudzona trzyosobowa komisja. Kobieta, nawet atrakcyjna, ale z zimnym wyrazem twarzy, wyglądała jakby była żywcem przeniesiona z Anny Kareniny, pokroju dzisiejszej Julii Tymoszenko. Drugi z egzaminatorów- starszy, niechlujnie ubrany jegomość, w znoszonej marynarce, i z włosami zaczesanymi tak, że miały kamuflować i tak wyzierającą spod nich łysinę. Trzeci egzaminator był nie wiele bardziej zachęcający do jakiegokolwiek kontaktu niż tamci: typ zawsze zbyt ambitnego aktywisty, nadgorliwego karierowicza, który pewnie nie był lubiany ani przez studentów ani przez kadrę. W Marku jakoś też sympatii nie wzbudził. Po cichym przywitaniu się usiadł biedak na skraju krzesła przed nimi, czując się jak skazaniec przed plutonem egzekucyjnym. No i nastąpił pierwszy strzał. Miał to być strzał w powietrze, ostrzegawczy, w celu być może rozluźnienia napiętej atmosfery, bo być może komisja nie była taka bezwzględna na jaką wyglądała. W każdym razie, tak czy owak, Tymoszenko biorąc łyk zimnej herbaty pierwsza zapytała: na przekór 2010-02-22
Odżywiam się podobno nieregularnie i niezdrowo- jem wtedy kiedy naprawdę już mi się chce, nie jem śniadań, pierwszy posiłek wypada przeważnie gdzieś koło 17:00 i jest to najczęściej fast food. Piję przede wszystkim zimne napoje, w tym znaczną część z tych napoi stanowi piwo. Mój dom i otoczenie jest zaprzeczeniem zasad feng shui, zresztą wielu innych zasad również, nie wspiera mnie żadna siła ani czysta ani nieczysta, nie chodzę do wróżek i szarlatanów- kiedy jestem chory, co rzadko mi się zdarza, to po prostu idę do zwykłego lekarza i jakoś zawsze na tym dobrze wychodzę. Nie modlę się, nikt nie modli się za mnie, mam całe mnóstwo dziwolągowatych, nieprzystosowanych do życia poglądów, nie dbam ani o żyły wodne ani o pola elektromagnetyczne, mam gdzieś przesądy, wierzenia, mądrości ludowe, przysłowia i ostrzeżenia że czegoś tam nie wolno, chodzę bez czapki, wychodzę na dwór nawet zimą tuż po kąpieli, w przeciągu mogę stać godzinami i działa on na mnie jak morska bryza. Brak mi w wielu, nieraz kluczowych sprawach, zdrowego rozsądku i rozwagi, i tak od wielu lat. Teoretycznie już dawno szlag powinien mnie trafić, nie? Albo przynajmniej powinienem być czymś dotknięty. A jedyne czym zdaje mi się jestem dotknięty, to niepoprawny optymizm i radocha z życia! :) Dziwne, nie? I co ja miałbym powiedzieć na swoje sto dziesiąte urodziny redaktorowi lokalnej telewizji, który spytałby mi się jaka jest moja recepta na radość życia i długowieczność? Pominąłbym pewnie wszystkie te moje niezdrowe praktyki i powiedziałbym – „życie w zgodzie z sobą kochanieńki, nawet jeżeli „soba” każe żyć inaczej niż chcieliby inni”. zimowa randka 2010-02-18
Spotkaliśmy się i mieliśmy pojechać sobie gdzieś w jakieś ustronne miejsce. Jeszcze nie dojechaliśmy do celu a on niespodziewanie stanął. Od razu wprowadziłem go na wysokie obroty; z coraz głośniejszym wyciem zaczął poruszać się do przodu i do tyłu. Naciskałem coraz mocniej i szybciej. Zapachniało rozgrzewającą się gumą, to była ostra jazda, posuwał się coraz śmielej i energiczniej, zrobiło się gorąco, wszystko aż stękało z wysiłku, jeszcze trochę, jeszcze raz... taaaak! Krzyknąłem- pomóż mi! Posłuchała- pchnęła! Białe rozbryzgi wystrzeliły w górę i w końcu udało mi się wyjechać z tej cholernej zaspy! :) sztuka w jednym akcie (desperacji) 2010-02-16
Myślałby kto, że napisanie notki, to pfff, jak z bicza palcami strzelił, taka prosta sprawa. A tu nie! Przynajmniej jak dla mnie. Są ludzie, którym słowa wyskakują na klawiaturę jak przysłowiowemu filipowi z cebra na pochyłe drzewo, a mi to zdaje się że nic nie wyskakuje ani nie wypada. No może poza wyskakiwaniem pryszczy i wypadaniem włosów z zakoli. Bo patrzę się tępym wzrokiem już dłuższy czas na ten momentami bezczelnie mrugający kursor i nic mi nie przychodzi do głowy. Ale jak widać, nawet o tym że we łbie pustka, też można już parę zdań sklecić. Nie tam żebym się specjalnie katował i zmuszał do pisania, albo na siłę tworzył notkę dla sztuki… Yyyy, sztuki jako kolejnego egzemplarza oczywiście, a nie jako dziedziny działalności artystycznej. Bo czego jak czego, ale wartości estetycznych, a zwłaszcza piękna, to tu nie uświadczycie. Ani w formie, ani w treści. Co najwyżej można ćwiczyć u mnie sztukę wytrzymałości polegającą na desperackiej walce o wytrwanie do końca notki. Sztuka mięsa z konia z rzędem dla tego, kto tego dokona bez grymasu zniesmaczenia. Trzeba być naprawdę cały czas twardą sztuką by dojść do końca, cokolwiek by to miało nie znaczyć. Dlatego piszę nieraz notki jednozdaniowe, jako myśl przebiegłą. Przebiegłą przez głowę oczywiście, a nie że niby sprytną. Dlatego jednozdaniowe, bo trudniej uśpić czytelnika jednym zdaniem. Można jednym zdaniem uśpić, ale co najwyżej czyjąś czujność. Na przykład mówiąc do strażnika bankowego „chu cha!, ale mróz, aż musieliśmy kominiarki założyć!” :) zsujzetraK 2010-02-15
Im więcej myślę, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że mnie nie ma. |

subskrybuj