_Blog woda
chwila zadumy 2010-05-31

Siedzę i gapię się na telefon i komputer- na te dwie zdobycze cywilizacji pozwalające na prawie nieograniczoną komunikację pomiędzy ludźmi, niezależnie od odległości ich dzielącej albo nawet od tego czy się znają, czy też nie. I sam nie wiem dlaczego tak się w nie wpatruję? Na co, czy raczej na kogo czekam? Czy po to żeby coś dostać, czy po to by coś komuś dać? Czy może całkiem bez celu? To byłoby najbardziej żałosne. Na pamięć znam wygląd obydwu urządzeń; mógłbym wyrysować ich szkic w najdrobniejszych szczegółach z zamkniętymi oczyma. Czasami budzą mnie z tego letargu przychodzące wiadomości. Nieraz te oczekiwane, a czasami spam i reklamy. Te pierwsze niestety coraz rzadziej. Patrzę na jeszcze coś. Na zegarek i kalendarz. W zderzeniu z coraz rzadziej przychodzącymi wiadomościami, nieubłagany upływ czasu jawi mi się jako jeszcze bardziej okrutny.


:) 2010-04-01

Sorry, nie mogłem się powstrzymać :)


1 2010-04-01

1


żyć chwilą obecną 2010-03-10

Kiedy życie polega na odkładaniu czegoś w czasie, a z drugiej strony na ciągłym czekaniu na coś, to teraźniejszość siłą rzeczy musi być nie do zniesienia.


Wuj Dobra Rada 2010-03-03

Cokolwiek masz teraz na myśli i się wahasz, powiedz "tak", jestem pewny że to będzie dobra decyzja.


medycyna alternatywna 2010-03-01

Opowiadał mi to całkiem niedawno mój kolega, ale sposobu w jaki to zrobił; tych gestykulacji, naśladowania głosów bohaterów wydarzeń i wiele innych środków wyrazu, nigdy tutaj nie jestem w stanie oddać tak jak on to zrobił. Dlatego z góry przepraszam za ubogość przekazu w stosunku do oryginału. A było to mniej więcej tak (mówi do mnie Bogdan):
Wiesz, wysłała mnie stara w niedzielę do piwnicy po ogórki. Zawsze mnie w niedzielę wysyła po coś do piwnicy, tak jakby jej tam cokolwiek groziło, w każdym razie gwałcicieli, to już nie powinna się obawiać, no chyba że jakichś zboczeńców. I wyobraź sobie schodzę ci ja po schodkach na dół, a z sąsiedniego piwnicznego korytarzyka dobiegają mnie jakoweś głosy tajemne i światło w jednym boksie się świeci, ale drzwi z drewnianych szczebli przez które prześwituje, są zamknięte. Nie mam zwyczaju podsłuchiwać czy podglądać pod drzwiami, ale w piwnicy to się nie liczy, co nie? W każdym razie moja ciekawość okazała się silniejsza od zasad i poszedłem obadać co to też tam się dzieje. A może to tylko sąsiad grzebie coś tam przy rowerze i ma radyjko włączone? Jednak nie. Co prawda sąsiad, i faktycznie coś tam grzebał, ale nie przy rowerze, tylko przy jakiejś starszej babie ( łoj nie tam zaraz to, co sobie pomyśleliście, choć powiem Wam szczerze, że w pierwszym momencie pomyślałem sobie to samo). Nie, żadnych takich. Sąsiad siedział na taboreciku, przed nim ta baba, dla ścisłości ubrana, i nawet jej nie dotykając omiatał swoimi rękoma jej całe ciało, szczególnie głowę, jakby zbierał coś z niej w swoje dłonie. I wyobraź sobie, że gdy nazbierał już tego czegoś tam widocznie wystarczającą ilość, to jednym zdecydowanym ruchem strzepywał to gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku, z dość głośnym okrzykiem: „Na kota!”. Teraz mi się dopiero przypomniało, że sąsiad Janek, a jego to ujrzałem w piwnicy, miał skłonności do konfabulacji i mitomanii, i uchodził w środowisku normalnych ludzi za nieszkodliwego szarlatana-bioenergoterapeutę, który codziennie rano ładował swoją siłę wewnętrzną na balkonie, poprzez wzniesienie do słońca twarzy i dłoni (nawet jak było pochmurno, widocznie niewiele prądu potrzebował) mamrocząc przy tym jakieś tam zaklęcia. Teraz jednak moja uwaga skierowała się na miejsce, gdzie odrzucał Janek to coś ściągnięte z tej baby, ale światło było zbyt słabe, albo mój wzrok zbyt lichy, bo nic nie mogłem dojrzeć. Nie bardzo tym jednak zrażony poczekałem na kolejną porcję zebranej z ciała tej kobity złej aury, i kiedy Janek znów energicznie strzepnął rękoma i wrzasnął „na kota!”, to wreszcie ujrzałem! Na ciepłowniczej rurze, tuż pod samym sufitem, siedziało stare, wyliniałe kocisko i faktycznie wyglądało jakby przyjęło na siebie wszystkie choroby świata. W ogóle się nie poruszał mimo prowokacyjnych okrzyków Janka i wymachiwania mu przed nosem rękoma. W każdym razie ten zapyziały sierściuch był najlepszym dowodem skuteczności jankowej terapii, bo o poprawie zdrowia jego pacjentów, to już nawet nie wspomnę, bo to oczywiste że tym bardziej się poprawiało, im na kota więcej ich chorób podołał Janek swoją nadprzyrodzoną siłą przerzucić…


na dzień dzisiejszy 2010-03-01

Moje życie to praca, dom i sen.
W pracy robię co mogę, żeby nic nie robić.
W domu robię co mogę, żeby zrobić cokolwiek.

Ale za to we śnie, robię to, czego ani przy domu ani w pracy zrobić nie mogę.

I tak mi upływa moje pracowite życie :)


Barbotel 2010-02-26

Może nie wszyscy wiedzą, ale naturalny gaz ziemny nie ma wcale żadnego szczególnego zapachu. Ale rewelacja i ciekawostka, co? Ale musiałem o tym wspomnieć, bo dalsze wydarzenia opisane w tej notce kręcić się będą właśnie wokół wszystkim nam chyba znanej gazowej woni. Nabywa ją ów gaz niejako pod przymusem; jest specjalnie nawaniany, w specjalnym urządzeniu, specjalnym środkiem, specjalnie po to, że gdyby odważył się gdzieś ulatniać, to musi być go czuć z daleka dla ostrzeżenia. Rzecz dzieje się właśnie na stacji redukcyjno-pomiarowej pewnego małego miasteczka, gdzie oprócz doprowadzania go do mniejszego ciśnienia czyni się go właśnie w ten sposób śmierdzącym. A służy do tego urządzenie dozujące tysiąc albo milion razy bardziej cuchnący koncentrat, którego dobowe zużycie uzależnione jest co prawda od wielkości przepływu gazu, ale wynosiło dla tego miasteczka około 150 ml na dobę. Urządzenie to było przez pracowników gazowni jak potocznie, tak pieszczotliwie nazywane Barbotel. Nazwa niechybnie wzięła się od dźwięku jaki co jakiś czas wydawało z siebie to cudo, który przypominał bulgot połączony z efektem zassania, mniej więcej taki jak biurowy dystrybutor wody, tylko dostojniejszy jakby. Tak więc co jakiś czas Barbotel pobierając z dziesięciolitrowego zasobnika kolejną porcję nawaniacza robił sobie blup! i tyle. Ale pewnego razu jeden z trzeźwiejszych pracowników zauważył, że Barbotel blup! przestał robić a na dodatek nie obniża się poziom tej skunksowatej cieczy w przezroczystym zasobniku. Znaczy się Barbotel się popsuł. Znaczy się pracownik ten, o ksywie Zdzichu (a miał na imię Bolesław) to inaczej określił, ale z grubsza biorąc o popsucie się chodziło. Spokojnie, zaraz tam gaz nie przestał śmierdzieć całkiem, bo sieć jest tak przesączona tym syfem, że aż takiego pośpiechu nie było. No ale tak czy owak, Barbotel wymagał naprawy. I tu o dziwo słownictwo Zdzicha było spójne z poprawną polszczyzną i na naprawę mówił po prostu „naprawa”. Ale Barbotela nikt nigdy dotąd nie naprawiał; był on wpięty w sieć gazową jakimś obcym dla Zdzicha labiryntem rurek i zaworów, i pełno było tam jeszcze innych dziwnych rzeczy, które Zdzichu co prawda nazywał, ale w sobie tylko znanym dialekcie, nie mającym nic wspólnego z językiem technicznym. A wszystkie te zawiłości zamontowano między innymi po to, by można było wymontować Barbotel nie zamykając dopływu gazu do miasteczka. Zdzichu jaki był, taki był, ale świadomość swojej własnej niewiedzy i asekuranctwo wynikające wprost z tego powodu, miał dość dobrze zaszczepione i ugruntowane. Na tyle, że nim zabrał się do czegokolwiek przy Barbotelu, przywołał kierownika tej placówki i zapytał się go który zawór pierwej ma zakręcić. Kierownik co prawda posiadał wiedzę nie większą od Zdzicha w tym zakresie, ale za to miał nabytą i usystematyzowaną poprzez wieloletnie pełnienie tej funkcji, pewność siebie i szybkość w podejmowaniu decyzji. Co w gazownictwie jak się okazuje nie jest akurat najbardziej pożądaną cechą. W każdym razie kierownik bez wahania wskazał na pierwszy lepszy zawór i powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu- ten! Zdzichu mimo swojego wyglądu nieogolonego lesera, był jak się okazało zdyscyplinowanym pracownikiem, a do tego z wielką dozą zaufania do swojego przełożonego, bo ochoczo zabrał się zakręcanie wskazanego kurka. Chyba jeszcze nie dotarł do połowy tej czynności, kiedy to w Barbotelu coś złowieszczo, inaczej niż zwykle, zabulgotało i nim ktokolwiek jakkolwiek byłby w stanie zareagować, dziesięć litrów skoncentrowanego smrodu poszło w rury. Zdzichu znieruchomiał, a kierownik też znieruchomiał, ale jak na przełożonego przystało zrobił więcej, bo stał się do tego jeszcze blady, potem zielony, a potem czerwony. Była to szósta rano, tak że i Zdzichu i kierownik jeszcze nie zdążyli dobrze opuścić terenu stacji, kiedy od strony miasteczka biegło w ich kierunku kilkunastu mieszkańców, a to w laczkach, a to w pidżamach, a to w bieliźnie, a jedni państwo, to nawet telewizor wynieśli na ulicę, a wszyscy jednogłośnie krzyczeli: gaz się ulatniaaaaaaaaa!!!


zdrastwujtje riebjata! 2010-02-23

Było to w czasach, kiedy język rosyjski był jedynie słusznie nauczanym językiem obcym. Zresztą powiedzenie w tamtych czasach o nim „obcy” było wielce ryzykowne. Bo był to język, który nakazywano wtedy uważać jako nasz, swojski prawie. Dlatego był obowiązujący na wszystkich egzaminach wstępnych do szkół wyższych. Jego znajomość wśród młodych ludzi była bardzo różna. Od perfekcyjnego opanowania u kończących co bardziej indoktrynowane rusycystyką licea, po całkowitą ignorancję abiturientów szkół, w których bardziej liczyła się wiedza praktyczna niż nauka przedmiotów zbędnych. No i jeden mój kolega, nazwijmy go Marek, skończywszy technikum elektryczne, zapragnął kontynuować naukę na politechnice i chcąc nie chcąc musiał poddać się sprawdzianowi wiedzy z zakresu znajomości języka naszych Braci. Pewnie i by zrezygnował, bo zdawał sobie sprawę, że znajomość tego języka była u niego porównywalna ze znajomością dialektu kingwana suahili, ale zachęcony przez kolegów, że mu pomogą, że komisje są wyrozumiałe i że trzeba spróbować, poszedł. Pierwszy egzamin miał być w formie ustnej. Marek, kiedy przyszła na niego kolej, już w sekundę po otworzeniu drzwi sali egzaminacyjnej, miał odruch wycofania się i ucieczki, bo obrazek jaki zobaczył nie zachęcał do niczego. A na pewno nie do obnażenia się z totalnej niewiedzy przed tymi ludźmi. Za trzema stoliczkami przyniesionymi wprost ze stołówki, na rozklekotanych, trzeszczących krzesłach, wśród jakichś tam w bezładzie porozkładanych papierów, przy szklankach z herbatą, siedziała wielce znudzona trzyosobowa komisja. Kobieta, nawet atrakcyjna, ale z zimnym wyrazem twarzy, wyglądała jakby była żywcem przeniesiona z Anny Kareniny, pokroju dzisiejszej Julii Tymoszenko. Drugi z egzaminatorów- starszy, niechlujnie ubrany jegomość, w znoszonej marynarce, i z włosami zaczesanymi tak, że miały kamuflować i tak wyzierającą spod nich łysinę. Trzeci egzaminator był nie wiele bardziej zachęcający do jakiegokolwiek kontaktu niż tamci: typ zawsze zbyt ambitnego aktywisty, nadgorliwego karierowicza, który pewnie nie był lubiany ani przez studentów ani przez kadrę. W Marku jakoś też sympatii nie wzbudził. Po cichym przywitaniu się usiadł biedak na skraju krzesła przed nimi, czując się jak skazaniec przed plutonem egzekucyjnym. No i nastąpił pierwszy strzał. Miał to być strzał w powietrze, ostrzegawczy, w celu być może rozluźnienia napiętej atmosfery, bo być może komisja nie była taka bezwzględna na jaką wyglądała. W każdym razie, tak czy owak, Tymoszenko biorąc łyk zimnej herbaty pierwsza zapytała:
Kak tjebja zawut?
A Marek, ucieszony że cokolwiek jednak zrozumiał, mało myśląc, z cieniem zadowolenia na twarzy, wypalił:
Tjechnik-eljektryk!
Julia mało co nie udławiła się płynem parskając na papiery nie wiadomo czy przez zachłyśnięcie się czy ze śmiechu, w każdym razie szybko ukryła twarz w chusteczce i zaczęła się trząść jak w konwulsjach. Łysina nagle a niespodziewanie zaczął obserwować czubki swoich butów i też jakoś tak dziwnie drżał i jakby łkał ,zakrywając ręką twarz, a niewzruszony Aktywista chciał dalej pozostać niewzruszonym, ale średnio mu się to udało, bo po chwili odwrócił się w stronę okna i chyba zobaczył tam coś niezwykle wesołego, bo w wyniku duszonego w sobie śmiechu łzy spłynęły mu obficie po wykrzywionej grymasem wysiłku powstrzymywanych emocji twarzy…

Tylko Marek patrzył się na to pytającym wzrokiem i nie mógł zrozumieć co im się wszystkim tak nagle stało :)


na przekór 2010-02-22

Odżywiam się podobno nieregularnie i niezdrowo- jem wtedy kiedy naprawdę już mi się chce, nie jem śniadań, pierwszy posiłek wypada przeważnie gdzieś koło 17:00 i jest to najczęściej fast food. Piję przede wszystkim zimne napoje, w tym znaczną część z tych napoi stanowi piwo. Mój dom i otoczenie jest zaprzeczeniem zasad feng shui, zresztą wielu innych zasad również,  nie wspiera mnie żadna siła ani czysta ani nieczysta, nie chodzę do wróżek i szarlatanów- kiedy jestem chory, co rzadko mi się zdarza, to po prostu idę do zwykłego lekarza i jakoś zawsze na tym dobrze wychodzę. Nie modlę się, nikt nie modli się za mnie, mam całe mnóstwo dziwolągowatych, nieprzystosowanych do życia poglądów, nie dbam ani o żyły wodne ani o pola elektromagnetyczne, mam gdzieś przesądy, wierzenia, mądrości ludowe, przysłowia i ostrzeżenia że czegoś tam nie wolno, chodzę bez czapki, wychodzę na dwór nawet zimą tuż po kąpieli, w przeciągu mogę stać godzinami i działa on na mnie jak morska bryza. Brak mi w wielu, nieraz kluczowych sprawach, zdrowego rozsądku i rozwagi, i tak od wielu lat. Teoretycznie już dawno szlag powinien mnie trafić, nie? Albo przynajmniej powinienem być czymś dotknięty. A jedyne czym zdaje mi się jestem dotknięty, to niepoprawny optymizm i radocha z życia! :) Dziwne, nie? I co ja miałbym powiedzieć na swoje sto dziesiąte urodziny redaktorowi lokalnej telewizji, który spytałby mi się jaka jest moja recepta na radość życia i  długowieczność? Pominąłbym pewnie wszystkie te moje niezdrowe praktyki i powiedziałbym – „życie w zgodzie z sobą kochanieńki, nawet jeżeli „soba” każe żyć inaczej niż chcieliby inni”.


e-blogi.pl zymzym.info

  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]