|
jak płaszcz porucznika Columbo
2011-03-03
Przywlokłem się w nocy do domu tak skonany, że musiałem poczekać w progu kilka dłuższych chwil, żeby nogi zdążyły przed zamknięciem drzwi doczłapać się do reszty ciała. Do kanapy, na którą zwaliłem się jak pijany, prowadził trop bezładnie pozostawionych po drodze przedmiotów. Nie miałem nawet siły ich odkładać na tak zwane swoje miejsce. Sił starczyło mi jeszcze tylko na włączenie pilotem telewizora. Już miałem na tej miękkiej kanapie odpalić swoje zalegatory, kiedy przypomniało mi się o pewnym niedopuszczalnym zaniedbaniu- przecież ja jeszcze nie wypiłem dziś piwa! Nic nie skłoniłoby mnie do wstania, ale ciążąca na mnie potworna odpowiedzialność za ciężki grzech w postaci dnia bez złocistego napoju, poderwała mnie na równe nogi. Napędzany tą myślą, już nie wlokłem się powoli do kuchni, tylko pobiegłem świńskim truchtem w kierunku lodówki, po otwarciu której aż rozpromieniłem się na widok szeregu schłodzonych, zielonych butelek. Pierwsze łyki zimnego browarka, wypite po całym dniu beznadziejnej gonitwy nie wiadomo za czym, mają coś z pogranicza fetyszystycznej cielesnej rozkoszy i przepełniającym całą duszę spokojem. Zresztą kolejne łyki też. Nie robiąc już nic, tylko oddając się tej przyjemności, czułem jak Morfeusz rozpościera swoje ramiona i obejmuje mnie nimi coraz silniej. Jedyny tak silny uścisk, który zamyka powieki, a nie powoduje wytrzeszczu oczu. Że też ten Morfeusz mnie takiego chciał; wymiętego, nie wykapanego, pachnącego piwem i całym dniem pracy faceta z rozluźnionym krawatem i w niezbyt świeżej koszuli. Ja na jego miejscu w życiu bym nie brał w objęcia takiego gościa. Zresztą takich świeżych i wyperfumowanych facetów też niechętnie przytulam. A nawet wcale. Resztką świadomości zarejestrowałem jeszcze tylko słowa jakiejś gadającej głowy z telewizji, które zrobiły na mnie raptem takie wrażenie, że wierzgnąwszy jeszcze kilka razy, tak jakby mój sen zaczynał się od udziału w Wielkiej Pardubickiej, ale bynajmniej nie jako dżokej, odpłynąłem w nieznane. Bardzo szybko, (jeżeli chodzi o przebudzenie, to zawsze zbyt szybko) mój sen przerwał mi jakiś nieznośny dźwięk. Czyżby ktoś parzył dla mnie kawę i to był gwizd imbryka? Mimo że zaspany, to pamiętałem, że ostatnia kawa wypita rano w domu, i sparzona przez kogoś innego niż ja sam, miała miejsce dobre dwadzieścia lat temu, więc ki czort? To tysiąc Herzów z telewizora, który zamiast gadającej głowy pokazywał teraz obraz kontrolny, wwiercało się w mój mózg, i zrobiło w nim wystarczająco duży otwór, by wyciekła z niego cała senność. I jak tu być rześki i wypoczęty następnego dnia w pracy? No nie da się. Czekać tylko wieczora i tego boskiego syku wydobywającego się spod otwieranego kapselka. Skomentuj [4]
zrób zeza i spójrz 2011-02-28
Wystarczy tylko odważyć się na odwrócenie toku myślenia, czasami wbrew własnemu przekonaniu, przeciwko zdrowemu rozsądkowi i ogólnym regułom, zmusić się do świeżego spojrzenia, do odejścia paru kroków i spojrzeniu na coś z innej odległości i perspektywy, pod innym kątem. I już nie koniecznie wszystko jawi się takie jakie widzieliśmy przed chwilą. To najtrudniejsza ale najskuteczniejsza metoda zmiany postrzegania świata- przekonanie samego siebie. chwila zadumy 2010-05-31
Siedzę i gapię się na telefon i komputer- na te dwie zdobycze cywilizacji pozwalające na prawie nieograniczoną komunikację pomiędzy ludźmi, niezależnie od odległości ich dzielącej albo nawet od tego czy się znają, czy też nie. I sam nie wiem dlaczego tak się w nie wpatruję? Na co, czy raczej na kogo czekam? Czy po to żeby coś dostać, czy po to by coś komuś dać? Czy może całkiem bez celu? To byłoby najbardziej żałosne. Na pamięć znam wygląd obydwu urządzeń; mógłbym wyrysować ich szkic w najdrobniejszych szczegółach z zamkniętymi oczyma. Czasami budzą mnie z tego letargu przychodzące wiadomości. Nieraz te oczekiwane, a czasami spam i reklamy. Te pierwsze niestety coraz rzadziej. Patrzę na jeszcze coś. Na zegarek i kalendarz. W zderzeniu z coraz rzadziej przychodzącymi wiadomościami, nieubłagany upływ czasu jawi mi się jako jeszcze bardziej okrutny. :) 2010-04-01
Sorry, nie mogłem się powstrzymać :) 1 2010-04-01
1 żyć chwilą obecną 2010-03-10
Kiedy życie polega na odkładaniu czegoś w czasie, a z drugiej strony na ciągłym czekaniu na coś, to teraźniejszość siłą rzeczy musi być nie do zniesienia. Wuj Dobra Rada 2010-03-03
Cokolwiek masz teraz na myśli i się wahasz, powiedz "tak", jestem pewny że to będzie dobra decyzja. medycyna alternatywna 2010-03-01
Opowiadał mi to całkiem niedawno mój kolega, ale sposobu w jaki to zrobił; tych gestykulacji, naśladowania głosów bohaterów wydarzeń i wiele innych środków wyrazu, nigdy tutaj nie jestem w stanie oddać tak jak on to zrobił. Dlatego z góry przepraszam za ubogość przekazu w stosunku do oryginału. A było to mniej więcej tak (mówi do mnie Bogdan): na dzień dzisiejszy 2010-03-01
Moje życie to praca, dom i sen. Barbotel 2010-02-26
Może nie wszyscy wiedzą, ale naturalny gaz ziemny nie ma wcale żadnego szczególnego zapachu. Ale rewelacja i ciekawostka, co? Ale musiałem o tym wspomnieć, bo dalsze wydarzenia opisane w tej notce kręcić się będą właśnie wokół wszystkim nam chyba znanej gazowej woni. Nabywa ją ów gaz niejako pod przymusem; jest specjalnie nawaniany, w specjalnym urządzeniu, specjalnym środkiem, specjalnie po to, że gdyby odważył się gdzieś ulatniać, to musi być go czuć z daleka dla ostrzeżenia. Rzecz dzieje się właśnie na stacji redukcyjno-pomiarowej pewnego małego miasteczka, gdzie oprócz doprowadzania go do mniejszego ciśnienia czyni się go właśnie w ten sposób śmierdzącym. A służy do tego urządzenie dozujące tysiąc albo milion razy bardziej cuchnący koncentrat, którego dobowe zużycie uzależnione jest co prawda od wielkości przepływu gazu, ale wynosiło dla tego miasteczka około 150 ml na dobę. Urządzenie to było przez pracowników gazowni jak potocznie, tak pieszczotliwie nazywane Barbotel. Nazwa niechybnie wzięła się od dźwięku jaki co jakiś czas wydawało z siebie to cudo, który przypominał bulgot połączony z efektem zassania, mniej więcej taki jak biurowy dystrybutor wody, tylko dostojniejszy jakby. Tak więc co jakiś czas Barbotel pobierając z dziesięciolitrowego zasobnika kolejną porcję nawaniacza robił sobie blup! i tyle. Ale pewnego razu jeden z trzeźwiejszych pracowników zauważył, że Barbotel blup! przestał robić a na dodatek nie obniża się poziom tej skunksowatej cieczy w przezroczystym zasobniku. Znaczy się Barbotel się popsuł. Znaczy się pracownik ten, o ksywie Zdzichu (a miał na imię Bolesław) to inaczej określił, ale z grubsza biorąc o popsucie się chodziło. Spokojnie, zaraz tam gaz nie przestał śmierdzieć całkiem, bo sieć jest tak przesączona tym syfem, że aż takiego pośpiechu nie było. No ale tak czy owak, Barbotel wymagał naprawy. I tu o dziwo słownictwo Zdzicha było spójne z poprawną polszczyzną i na naprawę mówił po prostu „naprawa”. Ale Barbotela nikt nigdy dotąd nie naprawiał; był on wpięty w sieć gazową jakimś obcym dla Zdzicha labiryntem rurek i zaworów, i pełno było tam jeszcze innych dziwnych rzeczy, które Zdzichu co prawda nazywał, ale w sobie tylko znanym dialekcie, nie mającym nic wspólnego z językiem technicznym. A wszystkie te zawiłości zamontowano między innymi po to, by można było wymontować Barbotel nie zamykając dopływu gazu do miasteczka. Zdzichu jaki był, taki był, ale świadomość swojej własnej niewiedzy i asekuranctwo wynikające wprost z tego powodu, miał dość dobrze zaszczepione i ugruntowane. Na tyle, że nim zabrał się do czegokolwiek przy Barbotelu, przywołał kierownika tej placówki i zapytał się go który zawór pierwej ma zakręcić. Kierownik co prawda posiadał wiedzę nie większą od Zdzicha w tym zakresie, ale za to miał nabytą i usystematyzowaną poprzez wieloletnie pełnienie tej funkcji, pewność siebie i szybkość w podejmowaniu decyzji. Co w gazownictwie jak się okazuje nie jest akurat najbardziej pożądaną cechą. W każdym razie kierownik bez wahania wskazał na pierwszy lepszy zawór i powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu- ten! Zdzichu mimo swojego wyglądu nieogolonego lesera, był jak się okazało zdyscyplinowanym pracownikiem, a do tego z wielką dozą zaufania do swojego przełożonego, bo ochoczo zabrał się zakręcanie wskazanego kurka. Chyba jeszcze nie dotarł do połowy tej czynności, kiedy to w Barbotelu coś złowieszczo, inaczej niż zwykle, zabulgotało i nim ktokolwiek jakkolwiek byłby w stanie zareagować, dziesięć litrów skoncentrowanego smrodu poszło w rury. Zdzichu znieruchomiał, a kierownik też znieruchomiał, ale jak na przełożonego przystało zrobił więcej, bo stał się do tego jeszcze blady, potem zielony, a potem czerwony. Była to szósta rano, tak że i Zdzichu i kierownik jeszcze nie zdążyli dobrze opuścić terenu stacji, kiedy od strony miasteczka biegło w ich kierunku kilkunastu mieszkańców, a to w laczkach, a to w pidżamach, a to w bieliźnie, a jedni państwo, to nawet telewizor wynieśli na ulicę, a wszyscy jednogłośnie krzyczeli: gaz się ulatniaaaaaaaaa!!! |

Subskrybuj blogi